29 lip 2007
Mazury
I tak rozpoczęły się moje rodzinne wakacje. Zazwyczaj takie imprezy kończą się na dwa sposoby... Albo już w połowie urlopu wymawiam bardzo zwięzłą mantrę:
- Jak poza trasą?! Gdzie k* poza trasą! Głupia idiotko, przecież prosto mam jechać!
- Za. 500. Metrów. W Lewo. Potem. Za. 200. Metrów. W Lewo.
- Nooo! Widzicie? Zjebałem kretynkę i od razu zmądrzała!
Aalbo... Mam ochotę skorzystać z jakże zachęcającej oferty:
Tym razem było trochę inaczej... I tak się zastanawiam, czy to ja trochę dojrzałam/przyzwyczaiłam się, czy może moi rodzice po tych dwudziestu kilku latach bycia razem, wreszcie nauczyli się tolerować i nie kłócić o każdy bzdet.
Mocnym mankamentem wyjazdowym był brak internetu i zbyt częste korzystanie z komórki, na szczęście rachunek za telefon płaci się sam i rodzice dowiedzą się o nim dopiero, kiedy sprawdzą stan konta. W związku z odcięciem od świata, zajmowałam się głównie spaniem i jedzeniem przez, co dzisiaj boję się mojej wagi łazienkowej ;)
Za to bardzo optymistycznym akcentem było śledzenie prognozy pogody na cały tydzień. Złośliwa pani gdzieś w połowie wypoczynku poinformowała, że przez najbliższe dwa dni na Mazurach należy spodziewać się gwałtownych burz i mocnych opadów. Na co mój tata, wiozący nas do domu w sobotę, oświadczył ironicznie:
Ale nie martwcie się! Po niedzieli będzie już skwar! Opady spodziewane tylko na Śląsku!



Branch
Czyli już wróciłaś, tak? To wiesz gdzie mnie szukać? ;)