25 sty 2008

Czy rozmiar się liczy?

Każdy szuka swoich małych szczęść i czasami fajnie trafić na coś, co okazuje się nim być. Czasami z lekkim przymrużeniem oka.

Zainspirowana wczorajszym odcinkiem Dzień dobry TVN, a raczej fragmentem o idealnych nogach, zrobiłam eksperyment...

Centymetr w dłoń i do roboty!
Żeby dowiedzieć się, że moim nogom brakuje tylko jednego centymetra do ideału, musiałam zmierzyć swój wzrost i długość nogi, a następnie porównać moje rozmiary z określoną niedawno perfekcją.
Krótkie obliczenia na podstawie prostego wzoru:

wzrost x 49/100 + [(wzrost x 49/100) x 5/100]

pokazały, że może faktycznie mam coś z czego mogę się cieszyć tym bardziej, że wcześniej nie miałam o tym pojęcia ;)

Nie jestem zwolenniczką wyznaczania ideałów piękna i szufladkowania czy coś jest okej czy nieokej, ale czasami można zrobić coś dla zabawy. Polecam obejrzeć drugą część filmiku z linku powyżej i sprawdzić jak rzeczywiste rozmiary mają się do wyników badań naukowych ;)

Have fun!



24 sty 2008

O zmieniających się gustach

W ramacha sprzątania szafy znalzłam kilka swoich ciuchów z czasów gimnazjalnych. Powiedziałabym nawet, że tych ulubionych...

Naciągnęłam na grzbiet najulubieńszą bluzkę, jedną z tych, które kupuje się w tej samej chwili, w której pierwszy raz rzuci się na nie okiem. I... co?
Od 15 minut nie mogę uwierzyć, że kiedykolwiek nosiłam coś takiego. Nie ma nic wspólnego z częscią garderoby, która miałaby cokolwiek zasłaniać. I to bynajmniej nie dlatego, że urosłam o te 10cm których NIE zasłania...

jak dobrze pamiętam ubierałam ją dość często, dzisiaj chyba musieliby mi dopłacić za pokazanie się w niej publicznie. Od razu nasuwa się pytanie o przyczyny... Zmieniający się gust? Moda? Charakter, który ze zbuntowanej gimnazjalistki przerodził się w odmianę lekkiej konformistki?

W takich chwilach chyba żałuję, że od czasów podstawówki nie udało mi się wyrosnąć z żadnego z chiuchów... (tak, jakbym się postarała, nadal mogę na siebie założyć sukienkę komunijną :P )



09 sty 2008

Służba zdrowia - państwowo czy prywatnie?

W odpowiedzi na wpis Kovala na temat ciemnych stron amerykańskiej służby zdrowa.

Państwowa vs prywatna - spostrzeżenia własne

Ostatni raz u państwowego lekarza byłam jakieś 5 lat temu. Do dzisiaj pamiętam ostre zatrucie pokarmowe i przymusową głodówkę. W poczekalni przychodni spędziłam półtorej godziny. Możecie sobie wyobrazić: zatrucie pokarmowe + szpitalny zapach + opryskliwa pani w recepcji + półtorejgodzinny stres związany z kompletnym marnowaniem czasu. A co lekarz na moje cierpienia? Spojrzenie pt. "No i po co ty tu, dziecko, przychodzisz?". Ton, którego ja używam, kiedy tłumaczę psu, że coś źle zrobił.
Diagnoza? "No zatrucie". Zalecenia? Jeść sucharki i kaszkę.
Jakieś leki? Coś czego sama bym nie wiedziała? Coś dla czego warto było czekać te półtorej godziny? Nie

Dla porównania niedawna wizyta w całkowicie prywatnej przychodni...
Pierwsze wrażenie?
Brak tego nieprzyjemnego zapachu leków i środków dezynfekujących. Przyjemna temperatura i kolorowe ściany. Na dodatek pani w recepcji wiedziała, co robi. Bez zbędnych uwag i opryskliwych komentarzy wypełniła odpowiednie dokumenty, zapytała o wszystko, co było potrzebne i zaprosiła na krzesełko. Tutaj dla porównania czas oczekiwania wyniósł 10 minut i to też tylko dlatego, że przyjechałam wcześniej niż się umawiałam.
Lekarz przywitał mnie uśmiechem i krótkim żartem (może miał dobry dzień?). Właściwie zwracał się do mnie jak do kumpla i całe badanie wyszło całkiem na luzie i bez nizrozumiałej lekarskiej terminologii. Po wypisaniu recepty pofatygował się o DOKŁADNE wytłumaczenie jak i kiedy lek należy stosować i jeszcze dostałam uśmiechnięte: "Do następnego razu".

Różnice chyba można wyczuć. Czy cenowo też?
Na pierwszy rzut oka tak, ale czy po zadaniu sobie kilku podstawowych pytań na pewno tak jest?
Ile razy w roku chorujesz?
Jak często jesteś u lekarza?
A ile miesięcznie wynoszą Cię składki, które powinny być przeznaczone na Twoje leczenie?

Bardzo wiele osób zastanwia się, co więc dzieje się z ich pieniędzmi skoro jakość usług tak drastycznie się różni, a cena już nie zawsze.

Osobiście, wbrew pozorom, nie jestem zwolenniczką całkowicie sprywatyzowanej służby zdrowia. Może się zupełnie na tym nie znam, ale według mnie idealnym rozwiązaniem byłyby prywatne przychodnie, które mają podpisaną umowę z NFZ na podstawowe usługi. Dobrym przykładem mogą być prosperujące na tej zasadzie gabinety dentystyczne - niektóre usługi, takie jak sprawdzenie stanu uzębienia, czy zaleczenie zęba ze zwyczajną, szarą plombą jest darmowe, ale już leczenie kanałowe, nadlewanie, czy szpanerska biała plomba są częsciowo lub całkowicie płatne. Rozwiązanie dobre, bo ludzie bez pieniędzy nie umierają, a ludzie z pieniędzmi są zadowoleni z usług.
Oczywiście zostaje kwestia niektórych niezbędnych badań, które trzeba wykonywać okresowo. Na to też można zastosować bardzo, moim zdaniem, proste rozwiązanie... Przypuśćmy, że jakieś badanie kontrolne powinno się wykonywać raz na rok, żeby być w miarę pewnym, że wszystko jest w porządku. W takim wypadku, badanie takie powinno być darmowe jeden raz w ciągu roku, a do dodatkowych już trzeba dopłacać. Mogłoby to znacząco wyeliminować maruderów, którzy zgłaszają się do lekarza z każdym kaszlnięciem i kilka razy na kwartał robią badanie krwi, bo w telewizji nie ma nic ciekawego...
Co z podnoszeniem jakości usług? Przydałaby się porządne umawianie wizyt na telefon. Wiem, że mam przyjść do lekarza na 11 przed południem i on też jest o tym poinformowany. Nie może to wyglądać tak jak do tej pory, że przychodzę do przychodni o 7 rano i dowiaduję się, że jestem 25. w kolejce (pytanie KIEDY te poprzednie 24 osoby zdążyły "wyciągnąć karty"..?!), ale nikt nie wie, kiedy tak naprawdę, przypadnie moja kolej, więc nie mogę iść do domu i wrócic na czas - muszę siedzieć na tyłku i czekać aż niewyraźnie wywołają moje nazwisko.
Rzecz najważniejsza... Lekarze powinni zwracać się do pacjentów tak jakby byli klientami, a nie biedakami na łasce jaśnie oświeconych cudotwórców. (Może to kwestia płac?). No i... Powinni potrafić się przyznać do błędu lub niewiedzy i polecać dodatkową wizytę u kogoś innego zamiast stawiać błędne diagnozy na podstawie mglistych przypuszczeń i narażać przez to pacjentów na niepotrzebny stres.

Szpitale niech sobie zostaną państwowe. Tylko zmotywujmy jakoś lekarzy do pracy jak w "Na dobre i na złe", a nie jak w historiach spod znaku "tajemnicy białych kopert" ;)

Nie od dziś wiadomo, że motywacją najlepszą ze wszystkich są pieniądze, których nam podobno strasznie brakuje.