Matematyka mnie nie lubi.
Prezentacja z polskiego napisała się do połowy i na dzień dzisiejszy jest utknięta. Przynajmniej angielskie rozprawki w znacznej większości piszą się na 18 punktów.
Fiolka napisała Not Inaf Enerdżi. Ja powiem, że w chwili obecnej jedyne co trzyma mnie na nogach to wizja najdłuższych w życiu wakacji. Oł..!
Przy kolejnym streszczeniu przewijającym się przez ekran po prostu marzę o przeczytaniu Lux Perpetua i Global Nation. I wróceniu do Dzieci Diuny.
I czasami po prostu chcę położyć się przed domem na słonecznej zielonej trawie i nie robić nic. Zupełnie.
I nie chodzi o to, że naprawdę jestem szaleńczo zajęta i nie mam na nic czasu. Ależ mam. Oczywiście. Ciągle jednak chodzi za mną to uczucie...
Każda książka nie będąca lekturą jakoś ciężko się czyta. Każda gra, od której nie da się oderwać ot tak przy autosavie jakoś rzadziej się włącza. Każde popołudniowe wyjście nie będące dobijaniem szarych komórek...
...Wywołuje irracjonalne wyrzuty sumienia.
Bo mogłabym zrobić jeszcze jedno zadanie z prawdopodobieństwa. Bo mogłabym jeszcze przejrzeć schemat pisania opowiadań. Bo mogłabym zaprzyjaźnić się wreszcie z kołem opisanym na nieforemnym trójkącie znajdującym w najbardziej odległym zakątku układu współrzędnych.
Czuję się w tych sytuacjach jak pan Hackles z Friendsów:
- Przestańcie hałasować! Moje ptaki nie mogą przez was zasnąć!
- Pan nie ma ptaków, panie Huckles.
- Ale mógłbym mieć!
Wizja tegorocznych ostatnich w życiu szkolnych wakacji przybiera cech utopijnych. Do zaspodarowania mam ładne 4 miesiące czasu. I pół maja. I strasznie mi z tą myślą dobrze.
Zwłaszcza, że wolne dni będą naprawdę wolne, a nie przeznaczone na odrabianie śródsemestralnych prac domowych i pisanie setek wypracowań na kosmiczne tematy.
5 tygodni.