24 maj 2009

Władca Pierścieni once again

Jako młody zapaleniec, który podobno jest w tym wieku, kiedy trzeba się wyszumieć i wszystkiego spróbować, poszłam na Festiwal Muzyki Filmowej. Poszłam półtorej godziny przed zapowiadanym rozpoczęciem...
I... Miła pani spokojnym głosem ogłosiła, że

Z powodu silnego wiatru, który uniemożliwił rozstawienie ekranu koncert został przełożony na 23, bramki do sektorów zostaną otwarte o 22 i za wszelkie utrudnienia przepraszamy.

Pani chciała tym zasugerować, że mamy sobie gdzieś iść i nie robić tłoku, no ale no! nie z nami takie numery. Nie po to ustawiliśmy się w kolejce tak blisko, że można by pomacać ochroniarza zza bramki po bicepsie, żeby nas jakieś tam opóźnienie przestraszyło. Tak. Spędziłam trzy godziny w kolejce na koncert muzyki filmowej. (Nie, nie występowała, żadna gwiazda rocka - przyp. autora)

fmf

Jak ta wyspa na wzburzonym morzu - my rozłożyliśmy czerwony koc pośród zniecierpliwionego tłumu i... Zrobiliśmy piknik. Było też śpiewanie pieśni kościelnych, recytacja i odprawianie mszy. Pod koniec ludzie po trzydziestce mieli nas już tak bardzo dość, że tylko tłok powstrzymywał ich od szybkiego mordu. Za wytrwałość dostaliśmy FMFowe smyczki i RMFowe cukierki...

Trafił się sektor B w rzędzie piątym (i z tego miejsca chciałabym powspółczuć ludziom, którzy za bilet zapłacili tyle samo co ja, a trafili na miejsce pół kilometra od sceny). Koncert był po prostu cudowny. Taka ilość ludzi idealnie zgranych; ze sobą, z dyrygentem, z oryginałem, z filmem. W kilku miejscach przeszły mnie prawdziwe dreszcze (nie, nie te spowodowane 6°C), a w kilku innych całkowicie zapomniałam, że to co słyszę nie jest na taśmie na sztywno połączone z obrazem. Jak zwykle najwięcej emocji wzbudzał we mnie chór i świetna solistka - naprawdę mam słabość do muzyki chóralnej...

Jeśli chodzi o rzeczy naprawdę negatywne... Siedziały za mną jakieś laseczki (z 5 ich było) na oko z rok starsze ode mnie. Jedna to NAWET wiedziała o czym jest film... :> Przyszły na koncert tylko dlatego, że trzeci skrzypek w drugim rzędzie po lewej był ich kumplem. I ja nie wiem, czy nauczyciele w szkołach już nie objawiają dzieciom takich podstawowych rzeczy?.. Po ostatniej nucie posypały się brawa, wszyscy wstali oniemieli z zachwytu i nagle?! Dziołszki z tyłu zaczęły skakać i piszczeć. Tak, piszczeć. Dokładnie tak jak na koncertach punkowych. I w tym punkcie chciałabym objawić wszystkim, którzy jeszcze tego nie wiedzą: W takich miejscach jak teatr, opera, filharmonia piszczenie i gwizdanie jest obraźliwe i chamskie - odbierane jednoznacznie jako wygwizdanie. Dobrze, że pomidorami nie zaczęły rzucać. Naprawdę.

W przyszłym roku zagoszczę w sektorze A. I zabiorę prawdziwą kurtkę ;)



22 maj 2009

Czasami

Kiedy gdzieś mieszkasz, przychodzi taki czas, gdy nie da się tam już posprzątać. Układasz wszystko na swoim miejscu i kiedy po chwili wchodzisz do pokoju nadal masz wrażenie straszliwego bałaganu.
To jest dokładnie wtedy, gdy zaczynasz mieć więcej małych, pozornie nie zajmujących miejsca, rzeczy, które zajmują już wszystkie półki.

Na wpół przeczytane książki. Ogromny kieliszek do wina, który w zasadzie od dłuższego czasu już tylko wygląda. Koszyczek z pozwijanymi ładowarkami, kablami USB i innymi przejściówkami. Kubek na długopisy z porozwieszanymi kolczykami. Inny koszyczek z bibelotami, które jeszcze kiedyś na pewno się przydadzą, ale w tej chwili akurat nie potrzebujesz agrafki wielkości twojego środkowego palca. Jakaś kupka papierów/rachunków, których nie można schować do szafki, bo potrzebne są pod ręką, ale akurat nie w tym tygodniu i nie w przyszłym. Tuby z płytami i niedokończona antyramka, która tylko tymczasowo przecież leży na regale. I aparat fotograficzny, dla którego nie ma już miejsca w szufladzie, ale gdzieś go położyć trzeba.

...

Mam w sobie coś z chomika. Zawsze chciałam móc mieszkać w domu jak z katalogu. Gdzie wszystko ma swoje miejsce i nigdzie nie widać: kosmetyków, porozrzucanych zatyczek od pendrive'ów i niedoczytanych gazet. Każda rzecz miała mieć swoje miejsce i sprawiać wrażenie idealnie pasującej do reszty.

W moim przypadku jednak z miejscem w szafkach jest jak z przestrzenią dyskową. Zapełnię 100% niezależnie od dostępnej wielkości. I choćbym nie wiem jak usilnie układała rzeczy równo i w odpowiedniej kolejności - pokój nadal sprawia wrażenie zagraconego.

Zazdroszczę mojej babci tej umiejętności równoczesnego trzymania w mieszkaniu wszystkiego i posiadania miejsca za szkłem na równo poustawiane, błyszczące kryształy.



18 maj 2009

Jako i ja podchodzę

Całe życie mieszkałam we własnym domu (o takim metrażu i ilości obszernych garaży, że do dzisiaj nie wszyscy chcą wierzyć). Tymczasem los rzucił mnie do pięćdziesięcio metrowego mieszkania na parterze. W bloku.

Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: mieszkanie w bloku sucks!

W każdy niedzielny poranek tuż pod moim oknem lata (bo biega to jakieś niedomówienie) drąc się w niebo głosy cała sfora dzieciaków w wieku przed przedszkolnym. Każde ma swoje zabawki i swój świat. A nianie/babcie/mamy stoją obok i popalają papierosy. Swoją drogą wygląda to tak samo, kiedy wyprowadzają na spacer psy...

Na moim piętrze troje drzwi ode mnie mieszka sobie pan muzyk. Pan muzyk gra na flecie poprzecznym. Jego koledzy grają też na gitarze elektrycznej, perkusji (w k!urde bloku) i czymś, co brzmi jak tamburyno, ale pewności nie mam. Pan gra na flecie od pół roku. Uczy się metodą kar za błędy. Jeśli choć jedna nuta w utworze wyjdzie nieczysto... Zaczyna od początku.
Nie jestem w stanie rozpoznać większości piosenek, ale zapewne potrafiłabym je pięknie zanucić.

Na piętrze ostatnim mieszka pan wychowany przy ogniskach bieszczadzkich zapewne. Mazurskich może trochę? Pan ma wygląd krzepkiego marynarza i grywa na gitarze klasycznej. Grywa pieśni ogniskowe, a przyśpiewuje mu najserdeczniejszy przyjaciel. Który to przyjaciel przez tyle lat swojego życia nie odkrył jeszcze, że jak się zbyt wiele wypije to kompas należy ustawić na łazienkę, a nie balkon. W ten sposób sąsiad z góry jest stałym bywalcem naszego balkonu.
Chyba lubi sprzątać.

Piętro wyżej za to mieszka sobie pani - miłośniczka kwiatów. Które to kwiaty z uporem maniaka codziennie przelewa. I tępa cipa nie spojrzy czy przypadkiem na balkonie poniżej nie mam wywieszonej pościeli, albo postawionego drogiego laptopa, albo czy przypadkiem sama nie stoję z kubkiem kawy. Bo co ją to k!urde obchodzi, że ja mogę być kilka tysięcy w plecy, albo że mogę dostać wiadrem wody po łbie, jak ona sobie musi kwiatki po bożemu przelać.

Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: mieszkanie w bloku sucks!

I przestają mnie dziwić wszystkie te Zemsty i Sami Swoi. Ludzie po prostu tacy są. Nie mają w sobie za grosz empatii i należałoby to skwitować cytatem z Dnia Świra:

Że nie podbijam karty na zakładzie o 7 rano to już w waszym robolskim mniemaniu muszę być nierobem! Już woleć inteligentowi jebać po uszach od brzasku! Żeby sobie kałamarz nie pospał godzinkę dłużej kapke od was, skoro zasnął dopiero nad ranem! I żebym się kompletnie spalił w blokach już na starcie. Grunt, że kurwa inteligent załatwiony na dzień cały.