23 cze 2009
Pytania sąsiedzkie - odsłona kolejna
Pora obiadu na młodych osiedlach to jakaś masakra. Codziennie od 13 do 17 słychać płacz dzieci z kolejnych okien. Normalnie jakby je kto ze skóry obdzierał.
Od czasu do czasu da się też usłyszeć: Nie wstaniesz od stołu do póki nie skończysz. Gdzie?! Do póki nie skończysz. Siadaj.
Naprawdę całe popołudnie przepłakane. Siedzenie na balkonie w najcieplejszych godzinach dnia traci wiele uroku.
I ja się pytam: PO CO te biedne dzieci zmuszać do jedzenia? No PO CO?!
Moja mama miała do tego bardzo dobre i dosadne podejście: Nie chcesz? Nie jedz - umrzesz z głodu, będzie spokój.
No i jak dziecko przyszło wygłodniałe na kolejny posiłek to już coś tam poskubało z talerza.
Czy to nie jest jasne, że jak dziecko nie chce jeść to nie jest głodne? I druga sprawa, czy to nie oczywiste, że jak mamusia/babcia/ciocia idzie z dzieckiem na poranny spacerek i pociecha co 5 minut dostaje flipsa, petitka, mambę, albo loda to później nie ma bata, żeby w tym swoim małym brzuszku zmieściło jeszcze obiad?
Chybione wzorce wychowawcze niereformowalnie przekazywane z dziada pradziada chyba nigdy nie przestaną mnie wkurzać.



Wmuszanie w dzieci jedzenia - coś potwornego, widze po prostu połowę mojego dziecinstwa przemęczoną nad talerzem. Jejkuuu, pamiętam jak strasznie nie lubiłam wtedy mojej grandmy, bo zawsze zmuszała mnie do jedzenia jak nie chcialam. Się chowałam jak obiad miał być. No koszmar jakiś...