07 mar 2010

Przyjaźń użytkowa może?

Choćbym nie wiem jak to od siebie odpychała, zauważam ten rodzaj znajomości, który z góry skazany jest na niebyt.

Zaczynam w pełni rozumieć co miał na myśli jeden z tych najlepszych kiedy kilka lat temu mówił:

Przepraszam jeśli nie będę pamiętał waszych imion, ale no... Prawda jest taka, że za 3 lata każde z nas pójdzie w swoją stronę i już nigdy o sobie nie wspomnimy.

Na spełnienie jego przepowiedni, co prawda, nie pozwoliliśmy, ale... Wiem co miał na myśli. Dokładnie to, co ja teraz, kiedy kogoś poznaję na studiach. Wiem dobrze, że to jakiś rodzaj przyjaźni użytkowej. Żeby było z kim na piwo iść, zadanie rozwiązać, projekt zrobić. Nie żeby powiedzieć co leży na duszy, nie żeby za 20 lat pić piwo korzenne na ganku i nie żeby mieć komu dziecko podrzucić w potrzebie.

Choćby spotkać bratnią duszę to i tak nie opuszcza mnie to uczucie tymczasowości. Że to tak na teraz i na już, że za rok dwa każde z nas wybierze sobie życie, wyprowadzi się na drugi koniec świata i może po sobie zostawi adres jabbera, może numer telefonu, ale... Już na piwo nie wyjdzie i w zadaniu nie pomoże... Zajmie się sobą, swoimi żonami, dziećmi i dorosłymi projektami.

I takie trochę to... przykre.



04 mar 2010

Prof.

Są ludzie, których na zajęciach słuchasz absolutnie bez przekonania.

Jest jaśnie doktor, który opowiada o różnych rzeczach, które z punktu widzenia obserwatora praktyków wydają się przeczyć logice i ogólnemu działaniu świata i tenże doktor twierdzi, że tak właśnie jest i tak właśnie się dzieje, bo tak jest napisane w książkach - i nie doda z przymrużeniem oka, że to co w książkach czasami odbiega od rzeczywistości. Wyobraźnia od razu podsuwa jak ten doktor w latach swojej największej produktywności zajmował się siedzeniem w teorii i lizaniem dupy jakiegoś mądrzejszego od siebie profesora. Firmę od środka, ależ owszem, widział, ale tylko przez 3 tygodnie parzenia kawy na praktykach.

Z drugiej zaś strony są ci doktorzy, co zajmują się robieniem analiz i projektów dla prawdziwych firm, a na uczelni siedzą, bo lubią lub żeby zdobyć chociaż habilitację. I ci profesorowie zwyczajni, którzy otwarcie mówią, że w życiu osiągnęli już wszystko i nas uczą dla przyjemności.

Tak oto jeden z takich profesorów został moim idolem tego semestru. Póki co sam przedmiot jest mało pasjonujący i odkrywczy, ale za to sposób prowadzenia i sam prowadzący przyciągają.

No nie oszukujmy się, kiedy słyszy się uwagę wtrąconą mimochodem:

Kojarzycie CERN, prawda? To taki ośrodek naukowy pod Genewą i zbudowali tam takie urządzenie - może słyszeliście - Wielki Zderzacz Hardronów. To jest taka maszyna do zderzania ze sobą małych cząsteczek - hardronów właśnie - co pozwala odtworzyć warunki panujące podczas Wielkiego Wybuchu, dość interesujący wynalazek... No ale w każdym razie jak brałem udział w projektowaniu systemu informacyjnego do jego obsługi to...

następuje mruganie oczętami z niedowierzaniem i namacalny niemalże wzrost respektu o 200 punktów.

Na kolejnym wykładzie profesor podaje przykłady przeszkód w takim projektowaniu, pokazuje wykresy i abstrakcyjne trochę porównania dobry zarząd - zły zarząd, dobre - złe stosunki w zespole itd., i tu znów mimochodem:

Bardzo często po kilku miesiącach prób okazuje się, że oczekiwania klienta przekraczają wszelkie możliwości projektowe, np. mój projekt systemu informacyjnego dla banku BPH okazał się fiaskiem, ponieważ...

I to ponieważ z życia nagle rozjaśnia wszystkie wykresy i pokazuje, że faktycznie tak jest. Chwilę później słyszy się, że z Chińczykami się średnio współpracuje, ale za to z Malezyjczykami można się dogadać jak ze swoim i za dobrą cenę uzyskać dokładnie te wyniki, o które chodzi.

No i gdzież tu porównanie z tym panem, co całe życie spędził we własnej katedrze i jedynym jego zainteresowaniem jest gnębienie studentów na 10. terminie egzaminu i wmawianie im, że definicja żywcem przepisana z książki jego koleżanki z katedry jest wierutną bzdurą, podczas gdy jego własna różni się jednym przyimkiem...