04 mar 2010

Prof.

Są ludzie, których na zajęciach słuchasz absolutnie bez przekonania.

Jest jaśnie doktor, który opowiada o różnych rzeczach, które z punktu widzenia obserwatora praktyków wydają się przeczyć logice i ogólnemu działaniu świata i tenże doktor twierdzi, że tak właśnie jest i tak właśnie się dzieje, bo tak jest napisane w książkach - i nie doda z przymrużeniem oka, że to co w książkach czasami odbiega od rzeczywistości. Wyobraźnia od razu podsuwa jak ten doktor w latach swojej największej produktywności zajmował się siedzeniem w teorii i lizaniem dupy jakiegoś mądrzejszego od siebie profesora. Firmę od środka, ależ owszem, widział, ale tylko przez 3 tygodnie parzenia kawy na praktykach.

Z drugiej zaś strony są ci doktorzy, co zajmują się robieniem analiz i projektów dla prawdziwych firm, a na uczelni siedzą, bo lubią lub żeby zdobyć chociaż habilitację. I ci profesorowie zwyczajni, którzy otwarcie mówią, że w życiu osiągnęli już wszystko i nas uczą dla przyjemności.

Tak oto jeden z takich profesorów został moim idolem tego semestru. Póki co sam przedmiot jest mało pasjonujący i odkrywczy, ale za to sposób prowadzenia i sam prowadzący przyciągają.

No nie oszukujmy się, kiedy słyszy się uwagę wtrąconą mimochodem:

Kojarzycie CERN, prawda? To taki ośrodek naukowy pod Genewą i zbudowali tam takie urządzenie - może słyszeliście - Wielki Zderzacz Hardronów. To jest taka maszyna do zderzania ze sobą małych cząsteczek - hardronów właśnie - co pozwala odtworzyć warunki panujące podczas Wielkiego Wybuchu, dość interesujący wynalazek... No ale w każdym razie jak brałem udział w projektowaniu systemu informacyjnego do jego obsługi to...

następuje mruganie oczętami z niedowierzaniem i namacalny niemalże wzrost respektu o 200 punktów.

Na kolejnym wykładzie profesor podaje przykłady przeszkód w takim projektowaniu, pokazuje wykresy i abstrakcyjne trochę porównania dobry zarząd - zły zarząd, dobre - złe stosunki w zespole itd., i tu znów mimochodem:

Bardzo często po kilku miesiącach prób okazuje się, że oczekiwania klienta przekraczają wszelkie możliwości projektowe, np. mój projekt systemu informacyjnego dla banku BPH okazał się fiaskiem, ponieważ...

I to ponieważ z życia nagle rozjaśnia wszystkie wykresy i pokazuje, że faktycznie tak jest. Chwilę później słyszy się, że z Chińczykami się średnio współpracuje, ale za to z Malezyjczykami można się dogadać jak ze swoim i za dobrą cenę uzyskać dokładnie te wyniki, o które chodzi.

No i gdzież tu porównanie z tym panem, co całe życie spędził we własnej katedrze i jedynym jego zainteresowaniem jest gnębienie studentów na 10. terminie egzaminu i wmawianie im, że definicja żywcem przepisana z książki jego koleżanki z katedry jest wierutną bzdurą, podczas gdy jego własna różni się jednym przyimkiem...

Dodaj komentarz:

⇐ nick | ⇓ treść
⇐ URL

04 mar 2010 10:25

fav Sigvatr

Więc jedynym kryterium rozróżnienia między jednym profesorem a drugim jest to, czy brał on udział w jakimś znanym projekcie? Wiesz, przy takich projektach jest dużo ludzi, kto wie, może tylko jego udział sprowadzał się do kilku dniowych praktyk :P

04 mar 2010 10:33

fav anoriell

Sprowadza się do ambicji i ich realizacji. Jeśli największą ambicją wykładowcy jest pokazanie, że jego koleżanka z katedry jest głupsza od niego, to nie jest dla mnie żadnym autorytetem. Jeśli zaś widać, że człowiek, publikuje prace naukowe, bierze udział w prawdziwych projektach i widać, że to co robi jest jego pasją, to jestem skłonna mu uwierzyć, że w prawdziwym życiu tak właśnie jest, że to tak działa i że wie to nie tylko z książek.

04 mar 2010 10:38

fav Sigvatr

Przypomina mi się przykład z mojej własnej uczelni, pewien doktor prowadzi wyjątkowo nudne wykłady (w sensie przedmiot dość nie ciekawy). Potem też właśnie słyszałem o nim opinie 'to on w ogóle coś zrobił?' - że niby napisał jedną czy dwie książki i teraz siedzi i tylko nudzi studentów. Ale tak na prawdę, brał udział w kilku ciekawych projektach, niektóre nawet były opisane przez jakieś tam gazety. Te projekty były w sumie mało znane, bo dość specyficzne (np. translator tekstu na migowy).

04 mar 2010 10:42

Reynevan

U mnie też na uczelni jest kilku prof którzy to co robią - robią po prostu dla przyjemności. Jak mówią cieszą się, że mogą się z nami spotkać i nam o tym opowiedzieć. I nawet jeśli jest tak jak Sigvatr napisał :) - parzyli tylko tam kawę. To było to na tyle dla nich fascynujące, że o tym mówią. I to mówienie nie wynika często z samozachwytu tylko chęci podzielania się doświadczeniami niekoniecznie dobrymi. "Nie wyszło nam bo... więc na to uważajcie." Więc wydaje mi się, że doskonale rozumiem o co chodzi autorce :) - szczególnie po laboratorium gdzie ktoś stara się udowodnić jak bardzo jesteśmy głupi, zamiast pomóc nam przestać być takimi.

04 mar 2010 10:49

fav Marcin Kosedowski

Kasia++

05 mar 2010 09:18

fav mrugacz

Mam wrażenie, że to od razu widać, który profesor chce nas czegoś faktycznie nauczyć, a który chce jedynie zgnębić. Jest koleś który przez cały pierwszy wykład coś mieszał z projektorem, gadał bzdury i tłumaczył że przeprasza że za szybko tłumaczy - chociaż jeszcze nic mądrego tak naprawdę nie powiedział. A np pan K. z taką pasją stoi zawsze przy tablicy, macha kolorowymi kredami i opowiada o tych symetriach i macierzach, że na pierwszy rzut oka widać że uwielbia to co robi. A ma z 70-75 lat.