07 mar 2010

Przyjaźń użytkowa może?

Choćbym nie wiem jak to od siebie odpychała, zauważam ten rodzaj znajomości, który z góry skazany jest na niebyt.

Zaczynam w pełni rozumieć co miał na myśli jeden z tych najlepszych kiedy kilka lat temu mówił:

Przepraszam jeśli nie będę pamiętał waszych imion, ale no... Prawda jest taka, że za 3 lata każde z nas pójdzie w swoją stronę i już nigdy o sobie nie wspomnimy.

Na spełnienie jego przepowiedni, co prawda, nie pozwoliliśmy, ale... Wiem co miał na myśli. Dokładnie to, co ja teraz, kiedy kogoś poznaję na studiach. Wiem dobrze, że to jakiś rodzaj przyjaźni użytkowej. Żeby było z kim na piwo iść, zadanie rozwiązać, projekt zrobić. Nie żeby powiedzieć co leży na duszy, nie żeby za 20 lat pić piwo korzenne na ganku i nie żeby mieć komu dziecko podrzucić w potrzebie.

Choćby spotkać bratnią duszę to i tak nie opuszcza mnie to uczucie tymczasowości. Że to tak na teraz i na już, że za rok dwa każde z nas wybierze sobie życie, wyprowadzi się na drugi koniec świata i może po sobie zostawi adres jabbera, może numer telefonu, ale... Już na piwo nie wyjdzie i w zadaniu nie pomoże... Zajmie się sobą, swoimi żonami, dziećmi i dorosłymi projektami.

I takie trochę to... przykre.

Dodaj komentarz:

⇐ nick | ⇓ treść
⇐ URL

07 mar 2010 20:04

R

Nooo, to teraz każdy z "tymczasowych, studiowych znajomych", który to przeczyta, poczuje się urażony do głębi swojego jestestwa :P

Btw. ja nie wiem czy to takie przykre skoro po prostu bardziej... prawdziwe. Zaakceptować, wziąć na klatę i... już :P

Idę o zakład, że zostanie Ci parę osób, z którymi zawsze będziesz mogła się spotkać po studiach, po wielu latach - o ile tylko będą w pobliżu.

07 mar 2010 23:45

Void

Guess what; you are fuckin' right.

08 mar 2010 13:12

fav mrugacz

Ja już dawno przyjęłam do wiadomości, że najlepszych przyjaciół wybrałam sobie sama - gdzieś, skądś, z przypadkowo spotkanych osób rosną mi koledzy a potem przyjaciele. A takie przymusowe znajomości w stylu "ludzie z tej samej klasy" rzadko trafiają się jakoś szczególnie wartościowe. Tak jak mówisz - na piwo wyjść po zajęciach, notatki pożyczyć na egzamin. Od spotykania się bez okazji, podrzucania dzieci itp mam chyba kogoś innego ;)

15 mar 2010 14:01

Reynevan

Jakoś mi to spokoju nie daje ;)
Bo w sumie początek każdej przyjaźni pochodzi od użytkowej znajomości (kolega/koleżanka z tego samego bloku/ulicy,z klasy, osoba co przed nami coś zrobiła/wypożyczyła/itp), nawet jak ktoś się z kimś spotkał na ulicy przypadkiem to też było to na użytek spotkania-przypadku.
No i pewnie 90% ludzi ze studiów/wyjazdów/itp zapominam - ale zakładanie z góry: to tylko użytkowe, przekreśla te 10% ludzi co idą dalej z nami w życiu. I może nawet te 10% to nie najbliżsi przyjaciele, ale wydaje mi się, że z właśnie nich robią się ci najbliżsi (zresztą to się przez czynniki naturalne też zmienia).

27 mar 2010 23:18

Yuki

Ja się mniej więcej tak czuje w liceum, dlatego przeważnie siedzę pod ścianą i słucham muzyki, nie potrzebne mi przyjaźnie użytkowe. Ludzie mnie lubią, ale ja chyba przestałam lubić ludzi.