07 paź 2010

Lustrzany

Dwóch wykładowców z tej samej katedry. Zamiennie uczą tych samych przedmiotów. Zajęcia prowadzą jakby lustrzanie - zupełnie odwrotnie.

Doktor A twierdzi, że komputery są tępe i głupie i nie ma co od nich zbyt wiele oczekiwać. Twierdzi, że nie ma najmniejszego zamiaru niczego nam do głów wkładać - Bedzie chcieli, to się nauczycie i poznacie co trzeba, a nie bedziecie chcieli to nie przymusze, a już na pewno nie ma zamiaru odpytywać regułek i kazać się czegokolwiek uczyć na pamięć. Grunt, żeby zrozumieć. Pierwsze ćwiczenia się nie odbyły: Dzisiej ćwiczeń nie będzie, idźcie se kupić podręcznik najpierw. Generalnie chłop ma gdzieś to czy zasługujemy na 3, czy nie, sam powiedział, że nie ma zbyt wielkich ambicji pedagogicznych, a nasze umiejętności zweryfikuje praca i dalsze życie. Językowe kaleczenie też robi umyślnie. Zawsze wtedy, kiedy pokazuje, że coś olewa.

Doktor B zaś twierdzi, że komputery nie mogą być głupie. To nie komputery są głupie! Komputery mogą być sprawne bądź zepsute. Twierdzi, że wiedza nam się należy, należy nam się również odpowiednie jej sprawdzanie. Nie zapłaciliśmy co prawda za studia, ale mamy prawo od niego wymagać by nas nauczył. Musimy zadawać pytania przy każdym słowie, którego nie zrozumiemy. O kaleczeniu języka nie ma mowy - dla doktora B słowo jakiś jest ciężkim przekleństwem. Musimy wysławiać się profesjonalnie i konkretnie acz zrozumiale. Musimy zrozumieć działanie i podstawy rzeczy, o których opowiadamy, nie jest ważne nauczenie się regułki! Jednakże za każdym razem, kiedy ktoś stara się odpowiedzieć na zadane pytanie inaczej niż definicją przeczytaną z podręcznika, to jego wypowiedź jest jednoznacznie zła.

I tu można by powiedzieć, że podejście doktora A jest skandaliczne i za co oni mu w ogóle płacą, a doktor B jest mądrym facetem z odpowiednim podejściem. Jest tylko jeden mały problem...

Doktor A ma trochę racji. Jak ktoś jest zainteresowany tematem, to skorzysta mądrze z czasu, który i tak musi przesiedzieć na zajęciach i czegoś się nauczy. Przymuszanie ludzi w naszym wieku do czegokolwiek jest bezcelowe. Jak ktoś podchodzi do dobrowolnych i nieobowiązkowych studiów jak: Pójdę, odklepię, pościągam i z głowy no to gratuluję strategii zarządzania wolnym czasem...

Ostatecznie jeden i drugi osiągnie dokładnie to samo. Przy czym ten drugi będzie dalej postrachem uczelni i będzie się użerał z tysiącem terminów poprawkowych. Byłabym chyba skłonna uwierzyć doktorowi B w jego dobrą wolę i chęć bezstresowego oświecania młodych umysłów... Gdyby nie to, że zaprzecza sam sobie. Z jednej strony mamy rozumieć, a nie umieć, a z drugiej powinniśmy być chodzącymi encyklopediami klepiącymi definicje. Z jednej strony powinniśmy wymagać i zadawać pytania, ale z drugiej nie wolno nam nie znać regułki, bo to nieprofesjonalne.

Cierpliwie poczekam - do końca sesji zimowej - na zweryfikowanie moich poglądów...



02 paź 2010

Wspólne, razem, nasze

Są rzeczy, które we współzamieszkiwaniu doprowadzają mnie do kurwicy...

Kiedy kupuję sobie różne z pozoru małe i nieważne rzeczy: taśmę izolacyjną, końcówki do szlaucha, kombinerki, gumki do włosów i nigdy, NIGDY nie ma ich tam gdzie je zostawiłam, a już szczególnie wtedy, kiedy są potrzebne.

Kiedy moje piwo, cukierki i jogurty znikają same z siebie, bez pytania i przez przypadek, "bo w lodówce było przecież, to jest wspólne!".

Kiedy moje - jak się w sklepie okazało - niemal drogocenne rzeczy używane są jak sprzęty z ryneczku i zwracane mi w stanie tak opłakanym, że nic tylko używającemu wybić zęby.

Dzielenie przestrzeni życiowej z ludźmi niedostosowanymi do mojego widzimisię i nie szanującymi jakiejkolwiek własności i prywatności doprowadziło mnie do stanu, w którym na słowa: wspólne, nasze, razem dostaję ciężkiej reakcji alergicznej. Mam ochotę cały dom obkleić karteczkami: "Nie dotykaj, kurwa", "Po zużyciu uzupełnij/zmień na nowe!", "Zostaw, idź do sklepu!". Nic to nie da, ale przynajmniej część frustracji może by się ulotniło.

Prawdopodobnie powinnam przez jakiś czas pomieszkać całkiem sama. Żeby samodzielne wyrzucanie śmieci, wbijanie gwoździ, pamiętanie o rachunkach i rozmawianie ze ścianami doprowadziło mnie do większej rozpaczy niż obecne współzamieszkiwanie.