11 lip 2011

Biadolenie. Nadmiar?

Nie znoszę biadolenia, które nie ma wyraźnej przyczyny, ani wyraźnego celu. Sama często narzekam NA COŚ: na współlokatora, na ceny, na proces decyzyjny moich znajomych albo na pogodę. Jednak, kiedy słyszę, że ktoś biadoli na cały świat na raz i w sumie nie wie, co mu nie pasuje, to trafia mnie szlag.

Despair
Despair by Lloyd Morgan

Kolega publicznie narzeka, że wali mu się świat, że los rzuca mu kłody pod nogi i nic mu się nie udaje i że to prawda o tych grupowych nieszczęściach. Że jego sytuacja na uczelni jest zupełnie bez sensu, że z pracą są problemy, że "w ogóle weź". Inny zaś narzeka, że ma wszystkiego dość, że wszyscy są przeciwko niemu i że wszystkie rzeczy, za które się zabiera kończą się niepowodzeniem.

-Ale co wszystko?
-WSZYSTKO!!
-Ale konkretnie, jedna rzecz, jak mam Cię zrozumieć jeśli nie znam nawet jednej rzeczy z puli WSZYSTKICH?
-No, k*, co ja będę tłumaczył wszystko! W ogóle to gadasz jak oni wszyscy.

Kiedyś miałam skłonności do interesowania się losami moich znajomych, ale (niezbyt szybko) nauczyłam się, że nigdy nic dobrego z tego nie przychodzi. Poszkodowany wszystkim zamiast spokojnej rozmowy wybiera krzyki i teorie spiskowe. Mogę usłyszeć jedynie: "Ej, serio?! Ty też jesteś przeciwko mnie?! TY!?".

Nigdy nie zostanę psychologiem. Ani coachem. Jedni i drudzy mają podobno zadawać pytania i nie mieć swojego zdania - przynajmniej niezbyt często. Tylko jak mogę nie mieć zdania, kiedy praca kolegi nigdy nie była legalna, a teraz zaskakująco okazuje się, że ktoś go przyłapał i to się źle kończy. Jak mam nie mieć zdania, kiedy jeden z drugim zamiast na uczelnię chodzili cały semestr na piwo i teraz nagle oświata się na nich uwzięła i na siłę chce ich zniszczyć. Czasami jeden nieudany zakup i zmarnowane 100 złotych okazują się niezłą podstawą do zakończenia świata.

Bardzo się staram, ale czasami naprawdę trudno jest mi nie mieć zdania, a kiedy już je mam - narzekający znajomi postanawiają mnie znienawidzić. W skrajnych przypadkach już nigdy się do mnie nie odzywają.



30 mar 2011

Sala Samobójców

Sala Samobójców
Z Filmweb

Kiedy... Film się kończy, a ty drżysz.
Nie zrobiło się zimniej...

Bo... Żyjesz tam. W samym środku. W tej przepięknej scenerii wiecznie płonącego drzewa i tańca pikseli, które uważasz za tak prawdziwe...

Chodzisz na imprezy: "Haha, okej ja się z nią będę całować jak ty z nim też, przyjmujesz wyzwanie?", "No chodź, będzie fajnie!".
I znajdujesz swoje zdjęcia na tablicach. Dziecko dyrektora-kierownika na środku zaśnieżonego pola z flachą wódy na hejnalistę.

Bo masz te ekspresjonistyczne obrazy, które nazywasz swoimi przyjaciółmi, a przecież... Składają się tylko ze słów i uczuć. Takich, od których pytanie: "A jak smakuje twoja gruszka?" już dawno przestało dziwić.

I martwisz się. Trzeci dzień nie w Internecie, a wyjechał bez kasku. I tak nie móc być w tym szpitalu i choćby reprymendy odprawić należnej.
Nie potrafisz się nie przywiązywać. Nie potrafisz uważać, że to mniej prawdziwe.

Bo masz przyjaciół, z którymi żyjesz przez dwa lata pod jednym niemal dachem i widujesz się na prawdziwym pachnącym i smakującym obiedzie i odbierasz telefony z piosenkami na poprawę zdrowia, a... Już do końca życia będą krasnoludem poznanym na polu bitwy.

Bo masz takich znajomych, którzy w kontaktach międzyludzkich na żywo zdołali jedynie osiągnąć kilka siniaków i chwilę wymuszonego bezdechu. Zastawiają okna, bo słońce padając na monitor przeszkadza im prowadzić normalne życie.

Bo znajomi dzisiaj rozsyłają olśniewające uśmiechy i pocieszające półsłówka, a jutro wypadają z okien. Z dziewiątego piętra wypadają.

I... Znowu zrobiło się tak cicho.

Dobrze, że byłam na tym filmie w kinie. Trzeba było wstać i wyjść. Nie dało się zostać w pokoju i milczeć z zamkniętymi oczami.



06 mar 2011

Takie miejsce

takie miejsca gdzie duma bezdomnego w nocnym, że właśnie tu jest bezdomnym budzi taki maleńki patriotyzm.

Są takie miejsca, gdzie wychodzisz z knajpy o 4:30 a barman pyta, czy jeszcze czegoś byś nie chciał. Są takie, gdzie przebiegasz o piątej rano przez środek ronda, ot bo jest bliżej i martwisz się wszystkim tylko nie czyhającymi niebezpieczeństwami. Takie, w których nad Wisłą nienawidzisz komarów bardziej niż gdziekolwiek indziej, ale nie jesteś w stanie odmówić sobie spaceru do smoka.

Takie, gdzie o piątej trzydzieści bujasz się na huśtawce i obmyślasz plan dnia - jak już ewentualnie wstaniesz w południe.

Miejsca, w których między drugim śniadaniem, a szalenie ważnym wykładem udzielasz wywiadu do radia, a pięć minut później słyszysz: "Ej, bo ty to możesz! I ja bym chciał..."

A gdzieś pomiędzy tym wszystkim czujesz przypływ czystej serotoniny. Chyba wraz z wiosennym powietrzem czujesz.